Pan z różą

To było bardzo dawno, niemal ćwierć wieku temu. Tuż po tym, jak przyjechałem do Krakowa. W jakieś jesienne, mroczne i mgliste, jak to bywa w Krakwie, przedpołudnie szedłem przez Rynek. Pustawy o tej porze, dziwnie szary i smutny. I nagle, zdumiony, ujrzałem idącego naprzeciw mnie - pana ze szpakowatą brodą, w słomkowym kapeluszu i z wielką pąsową różą w ręku. Lekko uśmiechnięty, wydawał się jakby trochę nieobecny, pogrążony w myślach - w jakiś przedziwny sposób jednocześnie należał do tej konkretnej rzeczywistości, i był zarazem znakiem - zwiadowcą, partyzantem, posłem - jakiejś rzeczywistości innej, zagadkowej, nie nazwanej, jakiegoś innego świata.
Ten obraz, pamiętam, zrobił na mnie ogromne wrażenie, wrażenie podobne do tego, jakie wywołują niekiedy płótna surrealistów - zderzające ze sobą w naturalny i oczywisty sposób, elementy różnych światów, i przez to jakby wytrącające nas - nasz umysł, serce, wyobraźnię - z kolein racjonalnej rutyny, otwierające - nagle, w środku potocznej, już ledwie postrzeganej codzienności - okno na cud, tajemnicę. Zmuszające do tego, że raptem zatrzymujemy się w tej naszej nieuważnej i nieczułej drodze przez świat - zaskoczeni, zdumieni, wyrwani z monotonnego snu oczywistości.
Tak jak ja stanąłem wówczas zdziwiony i urzeczony widokiem uśmiechniętego pana z różą...

Oczywiście, wiedziałem kim jest ten pan, a nawet - jeden raz tylko - widziałem wcześniej Piotra Skrzyneckiego: prowadził wspaniały, pamiętam go do dziś, koncert Ewy Demarczyk w Teatrze Powszechnym w mojej rodzinnej Łodzi (nie wiedziałem wtedy, że i on przyjechał do Krakowa właśnie z tego miasta). Ale na scenie, w kolorowych światłach, w muzyce - każdy wygląda nieco teatralnie, sztucznie. A tu zobaczyłem go w sytuacji naturalnej, normalnej, na ukochanej przez niego scenie krakowskiego Rynku. I nawet dziś, kiedy już, przynajmniej w jakiejś części, zdaję sobie sprawę ze znaczenia Piotra Skrzyneckiego, jego niezwykłej intensywnej obecności w kulturze tej odchodzącej epoki, to nawet dziś - kiedy o nim myślę, widzę właśnie tamten obraz: pana z różą, wysłannika innej rzeczywistości - Księstwa Poezji? - idącego, niby najzwyczajniej przez Rynek i przez nasz świat.

fot. Marek Szymczak

Bo tak to było: nawet w najbardziej posępnych czasach PRL-owska rzeczywistość nie przemieniała go, nie pochłaniała, a on - tak inny, niezależny od niej - samym swoim sposobem bycia tu, jakby dowodził, że jest inna piękniejsza rzeczywistość, że ponura codzienność nie jest wcale jedynym i ostatecznym światem. Nie mówiąc tego wprost - obdarowywał nadzieją, zbawiennym poczuciem dystansu, życiodajną ironią i humorem; obdarowywał poprzez to, że taki właśnie był. Że nagle zjawiał się na naszej drodze, tajemniczo uśmiechnięty, z wielką pąsową różą w ręku. Nigdy wprost nie "politykował", nie "dawał świadectwa" - ale przecież: czyż można bardziej obrazić, wręcz unicestwić tępego tyrana, niż - nie dostrzegając go, ignorując, przechodząc obok niego, nie patrząc, z różą w ręku... Powiedział (w rozmowie z Barbarą Natkaniec): "Uwielbiam poezję. W wierszach tylko i kwiatach ten świat staje się inny, piękniejszy, mądrzejszy, lepszy..."
Należał jednocześnie do dwóch światów: do świata "wierszy i kwiatów" ale też - jak mało kto - do tego, realnego świata. Stał się, przez lata, jego niezbędną i absolutnie nie do zastąpienia, częścią. Kraków, w którym już nigdy - to niepojęte, nie do wyobrażenia... - nie spotkam na Rynku zamyślonego pana z różą w ręku - ten Kraków nie jest już w pełni i do końca sobą...

Bronisław Maj
Gazeta wyborcza